Było kilkanaście minut po dwudziestej. W wypełnionej dymem świątyni zgasły światła i nastała grobowa cisza. Nagle, w tylnej części kościoła rozległy się niskie głosy, intonujące pieśń o hipnotyzującym brzmieniu, jak gdyby wydobytym z podziemi. Po chwili dało się zauważyć śpiewaków – kilkunastu mężczyzn, wolnym krokiem idących przez środek nawy głównej. Przewodził im bas, obdarzony wręcz niespotykaną umiejętnością śpiewania dźwięków w oktawie kontra. Był to niezwykle wysoki mężczyzna o długich włosach i brodzie, z wyglądu przypominający prawosławnego batiuszkę. Na jego plecach opierała się prawa ręka kolejnego członka zespołu, który był niewidomy. Artyści zmierzali ku ołtarzowi, a ich drogę wskazywały ustawione wzdłuż ław lampy, które naprzemiennie zaświecały się i gasły. W pewnym momencie mężczyźni rozdzielili się na dwa rzędy i podążyli w obie strony świątyni. Stając obok ław, w których siedzieliśmy my – zaintrygowani słuchacze, wyśpiewali ostatni ton wiekowej, bizantyjskiej pieśni. W tej właśnie chwili, w wykonaniu chóru żeńskiego, stojącego przy wyjściu z kościoła, wybrzmiały słowa Пріидите, поклонимся, którymi rozpoczyna się pierwsza część Całonocnego Czuwania…

Całonocne Czuwanie Siergieja Rachmaninowa poznałem trzy lata temu. Niepowtarzalne brzmienie, jakie w cyklu cerkiewnych pieśni zawarł kompozytor, nigdy nie dało o sobie zapomnieć – od mojego pierwszego zetknięcia się z tym znakomitym dziełem, moim marzeniem było usłyszenie go na żywo. Mogło się to ziścić w kwietniu 2022 roku, gdyż Całonocne Czuwanie znalazło się wówczas w programie koncertowym Filharmonii Śląskiej w Katowicach. Koncert został jednak odwołany. Jak ogromna była zatem moja radość, gdy po ponad dwóch latach ujrzałem moją ulubioną kompozycję Rachmaninowa w programie tegorocznego Festiwalu Eufonie! Zapowiedziany na 19 listopada 2024 roku koncert miał odbyć się w warszawskim Kościele Wszystkich Świętych, przy pl.Grzybowskim, a głównymi bohaterami wieczoru mieli stać się muzycy z powołanego w 2015 roku zespołu La Tempête.  Bez wahania kupiłem bilet na to wydarzenie, a dodatkową ku temu zachętą stały się pieśni bizantyjskie, które artyści mieli wykonać pomiędzy piętnastoma częściami Całonocnego Czuwania. Koncert został opatrzony tytułem Nocturne i, jak można dowiedzieć się ze strony internetowej zespołu, będzie on jeszcze wykonywany w kolejnych miesiącach we Francji oraz w Niderlandach.

Opisane na początku pierwsze chwile spędzone na koncercie okazały się być dopiero preludium do tego, co wydarzyło się później. Nigdy nie zapomnę chwili, w której brzmienie głosów męskich i żeńskich połączyło się w jedną całość. Stało się to na początku drugiej części Całonocnego Czuwania. Po chwili między kościelnymi ławami zaczęła kroczyć śpiewaczka, wykonująca solo kontraltu. Emocje, które wcześniej usiłowałem tłumić, aby nie zwracać na siebie uwagi współsłuchaczy, w tamtym momencie nie dały się zatrzymać, a z moich oczu popłynęły obfite łzy wzruszenia. Poczułem się jednak pewniej, gdy usłyszałem za sobą szlochanie innych osób, równie bezradnych wobec doświadczenia w jednej chwili tak ogromnej ilości piękna. Umieszczenie śpiewów bizantyjskich pomiędzy rzewnymi fragmentami Całonocnego Czuwania okazało się w tej sytuacji bardzo praktycznym pomysłem – surowe brzmienia pieśni pozwalały na otarcie łez i podjęcie próby doświadczenia zupełnie innego rodzaju piękna – dającego się poznać poprzez skupienie i wyciszenie. 

Ogromną rolę w przebiegu całego koncertu odegrało oświetlenie, sterowane w czasie rzeczywistym i będące jak gdyby osobną prezentacją artystyczną. Lampy, rozmieszczone w różnych częściach kościoła, zaświecały się, gasły, pulsowały, wskazywały poszczególnych artystów… W kreacji tak niepowtarzalnego widowiska pomogło obszerne wnętrze świątyni. Przez cały czas trwania koncertu artyści zmieniali miejsce, z którego śpiewali: w niektórych częściach wydarzenia ustawieni byli w sposób tradycyjny – przed ołtarzem, twarzami do publiczności, w innych momentach dzielili się na kilka mniejszych grup, śpiewając z bocznych i tylnych części kościoła, a niekiedy na jeszcze inne sposoby, wykorzystując utrwaloną na gruncie szkoły weneckiej technikę polichóralną. Był to również ukłon w stronę słuchaczy, którzy siedzieli w ostatnich ławach kościoła – dostali oni szansę równie głębokiego doświadczenia koncertu, co osoby słuchające występu z pierwszych rzędów. Najbardziej spektakularny moment nastąpił między szóstą a siódmą częścią Całonocnego Czuwania – wtedy to śpiewacy ustawili się w kręgu. Lampy, stojące wzdłuż nawy głównej, zgasły, a jedynym źródłem światła stała się wówczas lampa umieszczona za ołtarzem, przy samym tabernakulum. Krucyfiks, który stał po lewej stronie ołtarza, stał się wówczas dużo lepiej widoczny. Po chwili artyści zapalili latarki, a następnie zaczęli krążyć wokół solisty, stojącego pośrodku kręgu. Na ścianach świątyni ukazał się chaotyczny teatr cieni – dało to niezwykle klimatyczny efekt… 

Po odśpiewaniu ostatniej z części wielkiego dzieła Rachmaninowa zgaszono wszystkie światła. Oszołomieni słuchacze bardzo szybko poderwali się z ław, by obdarować artystów owacją na stojąco i przekonać ich do wydłużenia występu. Zespół zdecydował się na powtórne wykonanie szóstej części Całonocnego Czuwania, jednak nie zaspokoiło to pragnień publiczności. Po długich owacjach, śpiewacy ustawili się przy drzwiach wyjściowych, a przed ołtarz udał się solista. Tak rozpoczęła się ostatnia pieśń bizantyjska, jaka wybrzmiała tego wieczoru. Wraz ze znaczną większością słuchaczy zdecydowaliśmy się na wysłuchanie całego utworu na stojąco. Trudno powiedzieć, z czego to wynikało – być może z szacunku widowni do muzyki, być może z ilości emocji, a być może z nieodpartej chęci ujrzenia artystów po raz ostatni. Naturalną potrzebę zrelacjonowania tego niezwykłego wydarzenia poczułem już w trakcie jego trwania, a jej realizację rozpocząłem tuż po wyjściu ze świątyni. Nie ma się jednak co dziwić – był to, bez cienia wątpliwości, najpiękniejszy koncert mojego życia…