Jedną z rzeczy, którą najbardziej cenię w byciu muzykiem, jest możliwość muzykowania. Naturalnego i nieskrępowanego. Bardzo lubię te chwile, w które siadam sam na sam z instrumentem i gram po prostu to, co przyjdzie mi do głowy. Muzyka mnie ponosi. Nigdy nie wiem dokładnie dokąd – czasem w stronę improwizacji, innym razem wykonuję po prostu znany mi utwór. Ale właściwie dla kogo gram? Przecież nigdzie nie widać widowni. Ale to jest koncert właśnie dla mnie, muzyczna opowieść o moich przeżyciach, o tym, co czuję.

Takie stwierdzenie może wydać się komuś zuchwałe czy egoistyczne. Jesteśmy uczeni, jak Pan Bóg przykazał, dzielić się talentem ze światem. Wieloletni trening muzyka ma na celu przygotowanie właśnie na występ publiczny, przez lata projektujemy w głowach wyidealizowany obraz, salę pełną ludzi, gromkie oklaski, a w centrum uwagi – nas. Ktoś, kto nie potrafi grać na instrumencie, rozumie powszechne pragnienie sukcesu i sławy. Ale granie dla siebie? To wymaga wyjaśnienia.  

Postrzegam to jako rodzaj terapii. Takie skojarzenie okazuje się nieprzypadkowe, gdy zajrzy się do literatury poświęconej muzykoterapii – podczas sesji muzykoterapeutycznych często wykorzystuje się improwizację. Może ona przybrać różne formy: indywidualnej próby twórczej pacjenta, np. stworzenia piosenki lub improwizacji grupowej. W obu przypadkach proces twórczy pozwala dowiedzieć się o stanie psychicznym uczestników zajęć, w oparciu o symboliczne znaczenia przypisane określonym zachowaniom czy odruchom, które temu towarzyszą. 

Zaobserwowano, że wybór instrumentu lub sposób, w jaki ktoś na nim gra, często jest związany z typem osobowości. W przestrzeni muzycznej pacjenci zmuszeni są do posługiwania się językiem abstrakcyjnym, nieznanym. Dzięki temu są w stanie uświadomić sobie o problemach, których nie potrafią zwerbalizować. Improwizacja może być więc źródłem wiedzy o nas samych, o mocnych stronach, słabościach i emocjach. 

Te same właściwości mają zastosowanie na gruncie muzycznym. Stosując ową “terapię” nie tylko możemy wyrazić to co czujemy, ale także wejrzeć w głąb siebie. Jest to rodzaj retrospekcji. Może stanowić to istotną pomoc w poznaniu naszej tożsamości, w znalezieniu odpowiedzi na fundamentalne pytanie: kim jestem? Kim jestem jako człowiek, jako twórca, poszukujący własnego głosu? Ten głos rozwija się dzięki zrozumieniu i akceptacji siebie, swojego pochodzenia, kultury, z której się wywodzimy. Improwizacja wydaje się najbardziej autentyczną i szczerą formą wyrażenia tego muzycznego “ja”.